Internet daje poczucie anonimowości i swobody wypowiedzi. Wiele osób zapomina jednak, że wpis na Facebooku, komentarz pod artykułem, opinia w Google czy wiadomość na forum internetowym mogą wywołać takie same skutki prawne jak słowa wypowiedziane publicznie. W praktyce kancelarii coraz częściej spotykam się ze sprawami, w których pozornie niewinny komentarz kończy się pozwem lub nawet postępowaniem karnym.
Jakich treści lepiej unikać?
1. Oskarżeń o popełnienie przestępstwa.
Jeżeli nie masz twardych dowodów, nie pisz publicznie, że ktoś jest złodziejem, oszustem, przestępcą czy naciągaczem. Takie stwierdzenia mogą zostać uznane za zniesławienie, znieważenie lub naruszenie dóbr osobistych. Nie ma znaczenia, że „wszyscy tak mówią” albo że „słyszałeś od znajomych”. W sądzie trzeba będzie udowodnić prawdziwość swoich twierdzeń. Mało tego, nawet gdyby sprawa toczyła się przed sądem, a osoba nazwana złodziejem byłaby oskarżona o kradzież, to dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, nie może być tak nazwana, bo działa domniemanie niewinności.
2. Obelg i wyzwisk.
Nazywanie kogoś idiotą, oszustem, psychopatą czy innymi obraźliwymi określeniami może stanowić zniewagę. W emocjach łatwo napisać kilka słów za dużo, ale internet nie zapomina. Nawet komentarz opublikowany na kilka minut może zostać zapisany w formie zrzutu ekranu i wykorzystany jako dowód w sprawie sądowej.
3. Publikowania cudzych danych osobowych.
Adres zamieszkania, numer telefonu, numer PESEL, miejsce pracy czy dane członków rodziny nie powinny trafiać do Internetu bez zgody zainteresowanej osoby. Takie działanie może naruszać nie tylko przepisy dotyczące ochrony danych osobowych, ale również dobra osobiste.
4. Oskarżeń wobec przedsiębiorców i firm.
Niezadowolony klient ma prawo wyrazić swoją opinię. Granica zostaje jednak przekroczona wtedy, gdy zamiast opisywać własne doświadczenia zaczyna przedstawiać nieudowodnione fakty. Czym innym jest napisanie „nie jestem zadowolony z obsługi”, a czym innym stwierdzenie „firma oszukuje klientów”. To drugie może skutkować odpowiedzialnością prawną.
5. Informacji, które miały pozostać prywatne.
Publikowanie cudzej korespondencji, nagrań, zdjęć czy informacji dotyczących życia prywatnego często prowadzi do sporów sądowych. Szczególnie dotyczy to konfliktów rodzinnych i rozstań, kiedy emocje biorą górę nad rozsądkiem.
Wolność słowa ma granice.
Wbrew powszechnemu przekonaniu wolność słowa nie oznacza prawa do publikowania wszystkiego, co przyjdzie nam do głowy. Każda osoba ma prawo do ochrony swojego dobrego imienia, prywatności i godności.
Przed opublikowaniem komentarza warto zadać sobie jedno proste pytanie: czy byłbym gotowy powtórzyć te słowa przed sądem i udowodnić ich prawdziwość?
Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, być może lepiej nacisnąć przycisk „usuń”, a nie „opublikuj”.
A teraz „z innej beczki”. Powszechnie panuje przekonanie, że publicznie można zadawać pytania odnośnie danej osoby, „przemycając” w takim pytaniu np. obraźliwe wyrazy.
Według twierdzeń takie sformułowania są prawnie bezpieczne i jeśli ktoś pozwie do sądu za zadanie pytania nie ma szans na wygraną.
Teraz jednak Cię zdziwię.
Samo zadanie pytania nie daje automatycznie ochrony przed odpowiedzialnością za naruszenie dóbr osobistych czy zniesławienie, znieważenie.
Sądy patrzą na rzeczywistą treść przekazu, a nie tylko jego formę.
Przykładowo:
- „Czy to prawda, że Jan Kowalski kradnie pieniądze klientów?”. Formalnie jest pytaniem, ale faktycznie sugeruje popełnianie przestępstwa.
- „Czy prezes spółki wyprowadza majątek firmy?”. Również może zostać uznane za rozpowszechnianie pomówienia.
- „Czy politycy byli przyjmowani poza kolejnością w Szpitalu Południowym?” to już pytanie dotyczące sprawy publicznej, oparte na istniejących doniesieniach medialnych i co do zasady jest bezpieczniejsze, ale jednak.
W sprawie Szpitala Południowego w Warszawie w mediach i mediach społecznościowych pojawiały się pytania dotyczące tego, czy niektóre osoby były traktowane preferencyjnie względem innych pacjentów. Sama afera dotyczyła zarzutów istnienia odrębnej ścieżki obsługi dla wybranych osób oraz wydzielonego pomieszczenia dla nich. Rozpętała się burza, a politycy opozycji zadali pytanie, czy dane osoby korzystały z salony VIP w tym szpitali lub tej tzw. szybkiej ścieżki.
Oczywiście, że sprawa dotyczy osób publicznych, ale to nie oznacza, że każda forma przekazu szkalująca czyjeś dobre imię, może zaistnieć w przestrzeni publicznej.
Zostawmy jednak polityków, bo sami świetnie sobie radzą. Wracam jednak do tego przekonania wielu osób, że wystarczy ubrać zarzut w formę pytania, aby uniknąć odpowiedzialności prawnej. To mit. Pytanie „Czy pan X oszukuje swoich klientów?” może zostać ocenione podobnie jak stwierdzenie „Pan X oszukuje swoich klientów”, jeżeli jego celem jest zasugerowanie odbiorcom określonego faktu. Sąd bada bowiem nie tylko gramatyczną formę wypowiedzi, ale przede wszystkim jej rzeczywisty przekaz.
Czy można kogoś zniesławić, zadając tylko pytanie? Można. Tylko każdą sprawę należy zbadać indywidualnie.
Tymczasem życzę pięknego tygodnia i do miłego.
