Prawie rok.

Czas szybko biegnie, wiemy o tym nie od dzisiaj. Od prawie roku żyjemy w zupełnie inny sposób niż ten, który wcześniej był nam dany.

Koronowarius spowodował, że otaczający nas świat jest wręcz nie do poznania, a kto wie, ten dawny być może już nigdy nie powróci.

Wiele się zmieniło, dużo też przeszliśmy i niestety końca nie widać.  Ostatnio rozmawiałam ze znajomą właśnie o tym jak teraz żyjemy i funkcjonujemy.

Te nasze opowieści i refleksje skłoniły mnie do napisania tego postu. Podzielę się z Wami jak to u mnie było i jest, co się dobrego wydarzyło, a co złego.

Pamiętam ten marcowy dzień, kiedy okazało się, że dzieci nie poszły do szkół. Był  szok i niedowierzanie. Wówczas sama zdenerwowałam się, jak to będzie, co się dzieje, jak przyjdzie nam żyć?

Tych pytań było dużo, a odpowiedzi nie nadchodziły. Do tego miałam mnóstwo telefonów od rodziny, znajomych i klientów, co będzie dalej? Nawet był już taki moment, że miałam dość i jednej z osób odpowiedziałam, „skąd ja mam to wiedzieć co będzie dalej”. Wiem, że nie zachowałam się grzecznie i kulturalnie, ale to był moment, że naprawdę miałam dość.

Trzymałam się, wierzyłam, że wszystko będzie dobrze, pomimo tego, że napływające informacje były zgoła odmienne.

Potem nastąpił czas kupowania jedzenia i środków higienicznych na zapas, bo przecież nie wiadomo było co się może przydarzyć. Wówczas narobiłam tyle zapasów, że niektóre mam do dzisiaj. Dla uspokojenia od razu piszę, że to chodzi o produkty z długimi datami ważności.

Zapewne większość z nas śledziła wystąpienia i konferencje prasowe Rządu, które nie poprawiały nastroju.

Pierwszy raz za mojego życia poczułam się tak jakby nadchodziła totalna katastrofa, szczególnie jak zostały zamknięte różne działalności, a miasta wyglądały jak wymarłe. Pamiętam jak jechałam samochodem, a Warszawa pusta, bez ludzi, bez korków na ulicach. Dla mnie był to widok przerażający.

 Nigdy też wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego, aby sądy nie działały. Co chwilę napływały informacje, że sprawy sądowe moich klientów nie odbędą się. Tu też napływało mnóstwo pytań „co dalej?”. Z uporem maniaka odpowiadałam, że przecież nie wiem co dalej.

Wreszcie nadchodziły i takie informacje, że to przecież wszystko jakiś wymyślone historie, bo gdzie są ci chorzy ludzie? W przestrzeni pojawiało się także często pytanie „czy znacie kogoś chorego na COVID? No, nie, skoro nie znacie, to znaczy że choroby nie ma.

Wówczas także nie znałam nikogo takiego i też momentami miałam wątpliwości, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Natomiast miałam dość słuchania od innych jakiś nieprawdopodobnych teorii spiskowych.

Zajęłam się, więc tym na czym się znam, bo co chwilę ukazywały się nowe regulacje prawne. Skrzętnie śledziłam, co się w prawie dzieje nie tylko z zawodowego obowiązku, ale też jako człowiek żyjący tu i teraz i którego dotyczyły obostrzenia i ograniczenia. Poczułam się w obowiązku, aby jako prawniczka informować o tych przepisach. Bez mała każdego dnia publikowałam najświeższe wówczas informacje. Mój blog jak nigdy, był rozgrzany do czerwoności, a mi głowę rozsadzało, żeby jak najwięcej informacji prawnych przesłać w przestrzeń.

Jeśli chodzi o Kancelarię, zaczęłam pracować zdalnie. Nie było dla mnie to jakimś wielkim utrudnieniem, bo przecież wcześniej nawet dość często zdarzały się takie sytuacje. Jedyny problem był z komunikowaniem się z Klientami – osobami starszymi, bo nie radzili sobie z Internetem, jak go w ogóle mieli.

Natomiast niektórym udało się ogarnąć taki rodzaj porozumiewania się. Jak byłam dumna z tych Klientów, że im się udało. Wiedziałam także, że potrzebowali ze mną kontaktu, nawet tylko po to, aby pogadać z kimś. Niektórzy to osoby starsze i samotne. Rozmawiałam, pocieszałam i podtrzymywałam na duchu.

Przełomem były dla mnie Święta Wielkanocne, gdzie zostałam niejako odcięta od mojej rodziny. Wcześniej mieliśmy plany na wspólne spotkanie, zorganizowanie dłuższego wspólnego pobytu, a tu nic z tych rzeczy. Mieliśmy więc święta wirtualne, ciesząc się, że choć w taki sposób możemy pobyć ze sobą.

Jak nastąpiło poluzowanie obostrzeń i jechałam na niedzielny obiad do moich bliskich czułam się tak, jakby to wydarzenie było czymś największym, najważniejszym w moim życiu. Wtedy tak naprawdę do mnie dotarło, jak ważne jest cieszyć się życiem, nawet najmniejszymi drobiazgami, jak ważni są bliscy nam ludzie, bo wystarczy chwila i wszystko może zniknąć na zawsze.

Wówczas kiedy przyszły ciepłe dni, a zewsząd docierały informacje, że nad pandemią panujemy i mamy ją w zasadzie w odwrocie, ruszyłam w Polskę i udało mi się trochę czasu spędzić poza domem, na odpoczynku i z cudownymi osobami. Potrzebowałam tego, jak nigdy wcześniej.

Jesień niestety przynosiła znów niepokojące informacje o co raz większej ilości chorych, o kolejnych zamknięciach niektórych branż naszej gospodarki i o ograniczeniach w czasie Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra. Święta udało mi się spędzić przyjemnie, a Sylwester to była rzecz jasna  domówka, bo przecież o wielkich imprezach, czy balach można było zapomnieć.

Przyszedł jednak ten moment, gdzie nie mogłam powiedzieć, że nie znam nikogo kto zachorował na COVID. Niestety zapadła na tę chorobę bardzo bliska mi osoba. Wówczas zobaczyłam jak to naprawdę wygląda. Jej strach i przerażenie było dla mnie trudne do zniesienia, bo wiedziałam, że nie mam jak pomóc. Do tego każdego dnia oczekiwanie na wiadomości, czy stan zdrowia nie pogorszył się. Trwało to dwa tygodnie, a dla mnie była to wieczność. Pomimo tego cały czas wierzyłam, że będzie dobrze i nie poddawałam się. Na szczęście udało się i nastąpił powrót do zdrowia.

O szczepionkach nie będę pisała, bo wiemy jak z nimi jest. Nie jestem ekspertem w tym zakresie, więc ten wątek pomijam całkowicie.

Od jakiegoś czasu za to mamy niezłą karuzelę, z której wynika, że raz będzie gorzej, a może trochę lepiej, niektóre działalności otwiera się, niektóre zamyka, a ludzie mają już po prostu dość. Na pewno wielu z Was słyszało, że przedsiębiorcy składają pozwy do sądów o odszkodowania z tytułu zamknięcia ich działalności, o tym, że mandaty wystawiane na podstawie tzw. przepisów COVIDOWYCH są uchylane przez Sądy. Dzieje się, dzieje i pewnie dziać się będzie.

W prawie też mnóstwo zmian, choćby w prawie pracy. Cóż, mi nie pozostaje nic innego jak szkolić się i uczyć nowych przepisów, bo to przecież moja praca i muszę być na bieżąco, niezależnie od tego ile mi czasu to zajmuje.

Podsumowując ten czas co się wydarzyło u mnie dobrego, a co złego w tej epoce COVIDOWEJ?

Złego to może nie, zresztą jestem osobą, która uważa, że nawet jeśli nastąpią jakieś przykre sytuacje, to trzeba szybko pozbierać się i iść do przodu i nie zastanawiać się dlaczego mi się to złe przeważyło? Przydarzyło się i już. Wiem, że nie każdy tak potrafi, ale wierzcie mi można się tego nauczyć, a to bardzo pomaga w życiu i zdecydowanie łatwiej się funkcjonuje.

Zatem co wydarzyło się dobrego? Przede wszystkim, co ciekawe w tych trudnych czasach poznałam sporo fantastycznych ludzi. Oczywiście przede wszystkim mamy kontakty przez Internet. Myślę jednak, że warto podziękować, że żyjemy w takich okolicznościach, że Internet mamy i z naszymi rozmówcami możemy się widzieć i słyszeć.

Te osoby są z różnych stron świata i Polski, każda z nich ma inne zainteresowania, poglądy i zupełnie czym innym zajmuje się zawodowo. Tym bardziej cieszę się na te nowe znajomości, bo każdy kontakt jest inny, ale jakże fascynujący i intrygujący.

Poza tym zgłębiłam wiele technik porozumiewania się na odległość i to takich, których wcześniej nie znałam. Doświadczyłam także zawodowo takich sytuacji, które nauczyły mnie czegoś nowego i dzięki nim poszerzyłam swoją wiedzę.

Co jednak dla mnie było i jest najważniejsze? Moja rodzina i bliscy. Bycie z nimi, obojętne, czy blisko, czy daleko, jest dla mnie bezcenne. Jak również i to, że tą ciężką lekcję przeszliśmy razem, wspierając siebie i pomagając sobie. Nadal w moim życiu i moich bliskich uczestniczy KOT Belfast, który od dawna uważa, że to my mieszkamy u niego, a nie on u nas. Od czasu do czasu nas dokarmia swoimi zdobyczami, patrząc ze zdziwieniem, że nikt tego jeść nie chce i biedne myszki lądują w koszu. Cieszę się, że jest zdrowy, bo to już starszy Pan, a jak chce mieć władze w domu, proszę bardzo, niech się chłopak cieszy.

Co dalej? Oczywiście kolejne informacje napływające w ostatnich dniach nie są optymistyczne. Oczywiście znów pojawiły się pytania i wątpliwości. Cóż, zobaczymy. Mam jednak nadzieję, że obudzimy się kiedyś w tzw. normalnym świecie, a to co było będziemy wspominać tylko jak zły sen. Oby stało się to jak najszybciej, czego sobie i Wam życzę i pozdrawiam gorąco wszystkich bez wyjątku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s