Święta, święta i po świętach. Tym znanym powiedzeniem zaczynam wizytę na blogu, żeby napisać kilka słów.
Jeszcze przed chwilą stoły uginały się od mazurków, a kalendarz był pełen terminów rodzinnych spotkań.
Jeszcze przed chwilą obowiązywała zasada: „nic nie muszę”, luz i odpoczynek.
A we wtorek? A we wtorek wracamy do pracy.
Choć jeśli mamy być szczerzy to nie jest zwykły powrót. To taki powrót „na pół gwizdka”, bo przecież tydzień pracy zaczyna się dopiero we wtorek. Poniedziałek, jak co roku, zniknął gdzieś między święconką, a ostatnim kawałkiem sernika i zostawił nas z lekkim poczuciem dezorientacji. Niby już trzeba działać, ale jeszcze gdzieś w głowie brzmi echo świątecznego „jeszcze chwilę”.
Wtorek staje się więc nowym poniedziałkiem. Trochę mniej groźnym, trochę bardziej wyrozumiałym. Takim, który pozwala spokojnie wejść w rytm z kawą w ręku i lekkim uśmiechem na twarzy.
Przecież wszyscy jesteśmy dziś w tym samym miejscu tzn. między świątecznym rozleniwieniem a zawodową rzeczywistością.
Wracamy do maili, terminów, spraw i obowiązków.
Ja wracam do klientów, przepisów, codziennych wyzwań, które, choć wymagające, dają mi poczucie sensu zawodowego. Może właśnie dlatego ten powrót nie jest wcale taki trudny, jak mógłby się wydawać.
Po świętach wracamy nie tylko do pracy. Wracamy też do działania w sprawach prywatnych, do planów, do spraw, które czekają na swoją kolej.
Skoro już wracamy, może warto zrobić to na własnych zasadach. Bez pośpiechu, bez presji, ale z przekonaniem, że to, co robimy, ma znaczenie i jest właściwe.
A jeśli ktoś dziś jeszcze czuje, że jest trochę bardziej „po świętach” niż „w pracy” spokojnie. To minie. Najpóźniej do środy.
Kiedy na blogu będzie o prawie? Jak w mojej głowie wtorek przestanie być poniedziałkiem. Zatem niebawem. Pozdrawiam i do miłego.
