Mecenas Kruczek i Strzałka rozkręcili piątkową rozprawę.

Był piątkowy poranek, no bo teraz mamy już południe, a nawet popołudnie.  Słońce wpadało przez wysokie okna sali sądowej, a w powietrzu unosiła się mieszanka napięcia, papieru z akt i z korytarza aromatu kawy (z automatu). Na sali stali naprzeciw siebie dwaj Adwokaci, każdy w swojej eleganckiej todze, gotowy do „bitwy paragrafów”.

Po jednej stronie Mecenas Kruczek, który potrafił cytować kodeks cywilny z pamięci, nawet jeśli ktoś w kancelarii włączył odkurzacz. Po drugiej stronie Mecenas Strzałka, mistrz procedury, który nigdy nie zapomniał o żadnym terminie, ani o własnym termosie z herbatą. Obaj byli pewni, że w piątek wszystko może się zdarzyć, a prawo jest poważną sprawą, przynajmniej w teorii.

Rozprawa zaczęła się spokojnie, ale szybko zmieniła się w prawdziwe show.

Mecenas Kruczek wstał, rozłożył ogromną teczkę i oznajmił:

„Wysoki Sądzie, mój klient twierdzi, że dłużnik powinien zapłacić, bo inaczej będzie, no, no cóż, nieuczciwy!”

Mecenas Strzałka odpowiedział równie dramatycznie:

„Wysoki Sądzie, argument Pana Mecenasa jest argumentem co się zowie. Mój klient jednak uważa, że zapłacić powinien tylko ten, kto naprawdę chciał, a nie ten, kto przypadkiem wpadł do pokoju z portfelem”.

Na sali wybuchł cichy śmiech. Nawet Sędzia trochę się uśmiechnął, choć wiedział, że to nie wypada. Pomimo wszystko próbował wyglądać poważnie.

Protokolantka przewróciła oczami i pomyślała: „nie będzie łatwo, pewnie trzeba będzie sporo protokołować” .

Argumenty sypały się jak konfetti na piątkowej imprezie. Jeden paragraf za drugim, precedens za precedensem, a wszystko w tempie, które mogło przyprawić o zawrót głowy. Sędzia nawet w myślach zadał sobie pytanie, „czy to jest proces stulecia?”

Teczka Mecenas Kruczka wyglądała, jakby mieściła cały kodeks cywilny, kodeks postępowania cywilnego i instrukcję obsługi ekspresu do kawy. Mecenas Strzałka odpowiedział rzutem w stronę teczki, ale na szczęście tylko długopisem. No i to było niespodziewane wydarzenie na sali sądowej.

Idźmy jednak dalej.

W pewnym momencie mecenas Kruczek wyciągnął ogromny plakat z tabelą przepisów o świadczeniu nienależnym i bezpodstawnym wzbogaceniu. Mecenas Strzałka odpowiedział własnym plakatem, pokazując schemat subrogacji i regresu między współdłużnikami. Ktoś w sali szepnął: „Czy to wykład z prawa czy nowy format stand-upu? A w ogóle o czym Oni mówią? Co to za słowa? Czy język polski w ogóle zna takie określenia?

„Wysoki Sądzie”,  kontynuował Mecenas Kruczek,  „nie możemy dopuścić, by dłużnik, który nie uczestniczył w zajęciach, zachował korzyści!”

Mecenas Strzałka odparł równie dramatycznie:

„Wysoki Sądzie, mój klient twierdzi, że zapłata powinna odpowiadać realnej usłudze.  Jeśli student nie uczestniczył w zajęciach, czesne zostało pobrane nienależnie,  to  mój klient chce jedynie sprawiedliwości!”

No cóż, bitwa paragrafów trwała dalej,  od przepisów o świadczeniu nienależnym, przez bezpodstawne wzbogacenie, aż po klauzule niedozwolone. Każdy, kto wchodził na salę, miał wrażenie, że uczestniczy w miksie opery, stand-upu i konkursu wiedzy prawniczej jednocześnie.

Sprawa toczyła się dalej, gdy w grę weszli świadkowie. W tak zwanym międzyczasie Mecenasi popisywali się swoją wiedzą, a publiczności puchły uszy. Dlaczego? Wiadomo, bo język prawny jest zrozumiały tylko dla prawników.

Na koniec Mecenasi spakowali swoje teczki, wymienili uprzejme, acz pełne ironii spojrzenia i wyszli z sali rozpraw.

Uczestnicy rozprawy wracali do codzienności, a Sędzia długo zastanawiał się, czy piątek nie powinien być oficjalnym dniem „rozluźnienia w Sądach?”

Wyrok nie zapadł, bo nie mogło być inaczej, przecież to „proces stulecia”. Strony spotkają się niebawem.

A co teraz? Teraz należą się wyjaśnienia, że cała historia jest oczywiście luźną fikcją na piątek.

Jednak kto wie, nie można wykluczyć, że gdzieś w Polsce taka sytuacja mogła mieć miejsce.

Zresztą już na początku przyszłego tygodnia szykuję dokumenty do Sądu w zakresie nienależnego świadczenia, więc też nieco „powalczę” z przeciwnikiem procesowym. Mam nadzieję, że nie będzie to proces stulecie, bo ja lubię szybko i skutecznie.

A jaki morał z tej historii? Najlepiej jednak unikać kłótni i nie robić sobie na złość. Jeśli coś nie wyjdzie, a Strony mają do siebie złość, najłatwiej, najszybciej i najtaniej jest się poprostu dogadać. Takie rozwiązanie zawsze działa najlepiej i daje więcej czasu na kawę, a mniej na paragrafy.

Tymczasem życzę pięknego weekendu i do miłego.

Dodaj komentarz