W polskich Sądach, szczególnie w Wydziałach Cywilnych jest ogrom spraw i ogrom codziennie wpływa.
Wierzcie mi, piszę to z całą odpowiedzialnością, bo jako profesjonalny pełnomocnik stron w sprawach cywilnych wiem, ile się czeka na wyznaczenie terminu rozprawy i jak dużo jest spraw w Sądach. Sprawy, które wpływają są różne, od prostych, po naprawdę skomplikowane spory.
Każdy jednak ma prawo do Sądu i jeżeli uzna, że Jego prawa zostały naruszone, może wnieść pozew, aby Sąd rozstrzygnął spór.
Często jednak trafiają sprawy, bo konflikty międzyludzkie są tak zapiekłe, że nie da się ich rozwiązać na zasadzie porozumienia lub ugody.
Zdarzają się także takie osoby, które z byle powodu biegną do Sądu (nazywani potocznie: pieniaczami sądowymi), aby dokuczyć, mieć jakieś zajęcie, albo poczuć się ważnym.
Żeby nie być gołosłownym, przedstawię pierwszą historię, która wydaje się być śmieszna, ale niestety jest dowodem na to, że jest w ludziach jakaś nieumiejętność radzenia sobie z problemami. Natomiast jako jedyne lekarstwo widzą – Sąd.
To do dzieła.
Za nim jednak zacznę, podnoszę, że imiona, nazwiska, miejscowość Sądu, jest oczywiście zmieniona i fikcyjna wymyślona przeze mnie.
Rozprawa zaczyna się w małej sali sądowej, gdzie zebrał się spory tłum ciekawskich, bo taka sprawa rzadko zdarza się w tym przybytku Temidy (Jej oddział zamiejscowy).
Sędzia nieco zaspany wchodzi w majestacie prawa i zajmuje swoje miejsce. Po chwili wchodzi poważny, ale jednocześnie nieco zdezorientowany Powód – Pan Janusz. Za nim dumnie kroczy Pozwany – Pan Stanisław, od początku sprawiający wrażenie jakby On tu rządził.
No i zaczyna się. Sędzia patrząc na pozew z lekkim zdziwieniem powiada:
– „Pan Janusz Pęczak pozywa Pana Stanisława Nowaka o gałąź. Rozumiem, że gałąź drzewa wchodzi na posesję?”
Na co oczywiście stanowisko zajmuje Powód – Pan Janusz, który z pełną powagą oświadcza:
– „Wysoki Sądzie to nie jest zwykła gałąź. To jest wielkie rozłożyste drzewo, a ta gałąź jest po prostu złośliwa, bo narusza moje prawo własności”.
Pan Pozwany nie wytrzymuje ciśnienia i pomimo, że Jego czas nie nadszedł, aby zabrać głos odzywa się:
– „Złośliwa gałąź? To śmieszne. Wysoki Sądzie, Pan Janusz sugeruje, że moje drzewo ma jakieś osobiste wendetty?”
Sędzia nie daje się jednak zbić z pantałyku, choć atmosfera staje się nie tylko groteskowa, ale co raz bardziej napięta.
Sędzia więc cierpliwie:
– „Proszę, aby Pan Powód wyjaśnił Sądowi na czym dokładnie polega problem z tą gałęzią?”
– „Jak to jaki problem?” szybko zareagował Pan Janusz.
– „Ta gałąź regularnie zrzuca liście na mój trawnik, a jak wiatr mocniej zawieje, to zrzuca nawet orzechy. A to powoduje, że wiewiórki biegają po mojej ziemi, nie dają się przegonić i robią sobie ze mnie żarty”.
Sędzia tym razem mając problem z zachowaniem powagi, trzyma się jednak dzielnie i jedynie z lekkim uśmiechem, pyta Powoda:
– „Jak to wiewiórki robią sobie z Pana żarty?”
– „Tak, Wysoki Sądzie” – Pan Janusz odpowiada.
– „Biegają po moim trawniku, kopią dziury i zachowują się tak jakby były na swoim terenie. A to moja działka, a nie wiewiórek. Kilka dni temu zostawiły łupiny po orzech na moim samochodzie, czym doprowadziły mnie do szewskiej pasji, albo jak to się mówi – szewskiej furii, czy jakoś tak.”
Pan Stanisław nagle poderwał się ze swojego miejsca i już dość mocno podirytowanym głosem powiada:
– „Wysoki Sądzie, drzewo stoi na mojej posesji od ponad trzydziestu lat. Do tej pory nie przeszkadzało mojemu czcigodnemu sąsiadowi. Nagle Pan Janusz zaczął twierdzić, że drzewo rozpoczęło z nim wojnę. Zacząłem się zastanawiać, czy ze zdrowiem Pana Janusza jest wszystko w porządku”.
Wątek zdrowotny wyraźnie rozjuszył Powoda, aż Sąd miał problem z uciszeniem i uspokojeniem Pana Janusza. Gdy udało się okiełznać emocje na pytanie Sądu, czy próbował rozmawiać z Panem Stanisławem i czy składał jakiekolwiek zastrzeżenia odpowiedział:
– „Oczywiście Wysoki Sądzie. Wielokrotnie prosiłem, żeby usunąć tę gałąź, ale Pan Stanisław mówił, że drzewo ma prawo rosnąć i już. A ja się pytam: Czy nie mam prawa do spokojnego życia bez liści na trawniku i tych rozbieganych wiewiórek?”
Doliwy do ognia dolał Pan Stanisław, nie bacząc na Sąd, wyraził swój pogląd, że gdyby Pan Janusz zainwestował w grabie nie byłoby problemu.
Sędzia uznał jednak, że to jest przesada i zwrócił uwagę Pozwanemu, żeby ten trzymał się powagi Wysokiego Sądu i nie robił tzw. „wtrętów słownych”.
Pan Janusz myśląc, że gdy Sąd jest zajęty zwracaniem uwagi Pozwanemu, może skorzystać z dogodnej sytuacji od razu wypalił:
– A czy Sąd wie, że to drzewo atakuje także mojego grilla. Jak gałąź jest mokra, wtedy krople deszczu padają na grilla. A wie Pan jak trudno odpalić mokrego grilla?”
Tym razem Sąd zirytował się na Powoda stanowczo mówiąc:
– „Proszę nie zwracać się do mnie Pan, a Wysoki Sądzie”.
Sąd już nieco zniecierpliwiony sprawą, zwrócił się do obojgu, aby jednak zawarli ugodę, Pan Stanisław wyciął gałąź, a Pan Janusz pokrył koszty.
Zwaśnione strony zgodziły się na takie rozwiązanie, ale Pan Stanisław od razu dodał.
– „Jak wiewiórki będą biegały, to ja na to nic nie poradzę i na pewno nie będzie moja wina”.
Sędzia już z lekkim uśmiechem:
– „Dobrze, niech wiewiórki same zdecydują o swoim losie, ale zalecam obu Panom większą tolerancję wobec natury, wobec siebie także, sugerując, żeby kiedyś zrobili wspólnego grilla.”
„No na pewno nie”, na tzw. odchodnym rzekł Pan Janusz.
– „Przecież mamy jeszcze sprawę o piejącego koguta i kurę, która bezpardonowo niszczy ogród mojej żony”.
Otóż, to, takich spraw jest sporo i choć mogą wydawać się śmieszne, dla osób, które decydują się skierować je do Sądu są to sprawy niezmiernie ważne.
A może jednak, za nim dojdzie do boju sądowego, dogadać się z sąsiadem, nie prawić sobie wzajemnych złośliwości i być w zgodzie. Przecież życie wtedy będzie zdecydowanie łatwiejsze i przyjemniejsze.
Czy tak się da? Na to pytanie każdy powinien sam odpowiedzieć. Tymczasem życzę pięknego dnia i jak najmniej problemów, a najlepiej żadnych.
